KIM JESTEŚMY REDAKCJA KONTAKT
Publicystyka Na wyspie Kultura
Felietony Sport Podróże Relaks

Pan Frank, drugs i prima aprilis
2015.04.10 / Andrzej Lichota

Niedawny skok ceny Franka Szwajcarskiego (celowo piszę dużą literą i celowo też będę go traktował personalnie), przyjmując, że rodziny liczą średnio od trzech do czterech członków, spowodował u mniej więcej 2,5 mln Polaków wzmożone bicie serca.

Biorąc pod uwagę również starsze pokolenie, któremu na sercu, a jakże, leży dobro ich dzieci i wnucząt, tych drżących serc może być nawet 4 mln. Skala problemu została zauważona przez media, a nawet niektórych polityków. Debatom i opiniom nie było końca. Wnioski krzyżowały się pomiędzy skrajnościami. Jedni głosili iż tzw. frankowicze wiedzieli, co robią, i jako ludzie dorośli powinni ponieść konsekwencje swoich decyzji. Inne gadające głowy dowodziły, że banki, doradcy, namowy rządu i nachalna reklama wpędziły Polaków w kredytowe sidła Franka.

Nie będę analizował tych poglądów, nie jestem ekonomistą i zostawię to bardziej ogarniętym w temacie. Moją uwagę zwróciło coś innego. Pod koniec ubiegłego roku w Szwajcarii odbyło się referendum czy kurs Franka połączyć z parytetem złota czy nie. Już wtedy mówiło się o spodziewanym znaczącym wzroście ceny Franka, zwłaszcza gdy w referendum padnie wybór na „tak”. Referendum wyszło na „nie” i można powiedzieć, że wtedy się nie udało. Lecz kilka tygodni później, po bezprecedensowym oświadczeniu Szwajcarskiego Banku Centralnego – analitycy mówią nawet o utracie zaufania do SBC – dochodzi do niezwykłego skoku Franka. Frank szybuje z ceny około 3,50 do 5,20 zł!

A teraz popatrzmy na sytuację tę z innej strony. Wyobraźmy sobie, że sprzedajemy komuś, np. 10 mln ludzi w kilku różnych krajach lek, za który będą musieli płacić przez najbliższe 30 lat. Umowa obejmuje, iż my gwarantujemy im w miarę komfortowe życie, a oni w zamian co miesiąc pokryją wszelkie koszty, odsetki itp. za dostarczany produkt. Ponieważ umowa dotyczy rzeczy strategicznej dla pacjenta, w zasadzie możemy go zaksięgować po stronie przychodów w planach firmy na kolejne dziesiątki lat. Nagle w jednym z krajów miejscowa służba zdrowia wynajduje lek na przypadłość, w której byliśmy monopolistą i jakiś milion uzależnionych nam odpada, a co więcej – w kolejnym roku szykuje się to samo. Milion uzależnionych odchodzi i już prawdopodobnie nie uda się ich odzyskać. To potencjalna strata kilkuset milionów Franków. Na coś takiego nie możemy sobie pozwolić! Przecież bilanse muszą być po naszej stronie, poza tym zostały już poczynione pewne inwestycje…

Co się zatem dzieje? Cóż – podnosimy cenę dla innych. I to tak, by nie tylko owe kilkaset milionów odzyskać, ale by na nowo ustabilizowana cena przyniosła nam więcej.

Można to nazwać szachrajstwem, zmową złodziei, szwindlem, geszeftem albo też operacją w białych rękawiczkach.

Opisane powyżej działanie niczym nie różni się od sprzedawania uzależniających dragów. Dilera nie obchodzi, skąd weźmiesz na to pieniądze. Chcesz działkę, musisz płacić. Jeśli handlarzom maleje zbyt, to cena wzrasta. Bardziej uzależnieni zapłacą. Jednak w przypadku narkotyków państwa i rządy bywają wrażliwe. Odpowiednie służby ścigają proceder. A w wypadku kredytów i tego rodzaju operacji? One także uzależniają ludzi i to na dziesięciolecia. Ponadto nie można tak łatwo, jak w przypadku narkotyków, pójść na odwyk.

Mój wniosek jest taki, skoro polski rząd pozwolił uzależnić się milionom Polaków od banków dilujących Frankiem, powinien zrobić, co w jego mocy, aby to uzależnienie zmniejszyć.

Zastanawia mnie, jak można było dopuścić na rynek bankowy tak jednostronnie korzystne dla banków umowy, z których wynika, że w zasadzie mogą drenować „frankowicza” do upadłego. I czy nie zaświtało nikomu w rządzie – tylu tam przecież specjalistów i historyków, że robienie interesów z Helwetami to operacje wysokiego ryzyka i zwłaszcza Szwajcarom oraz ich Frankom należy się specjalnie przyglądać?

Szwajcarskie banki, ciesząc się pełnym poparciem ze strony władz, nie miały żadnych skrupułów, gdy politycy III Rzeszy nakazywali zajmowanie kont Żydów i przedstawicieli innych podbitych narodów. Dzięki III Rzeszy szwajcarski sektor bankowy dorabiał się ogromnych pieniędzy, a pozyskanie dodatkowych sum dla hitlerowców oznaczało dla niego partycypację w wielu zyskownych przedsięwzięciach. Szwajcarskie banki posiadały także niemieckie aktywa o wartości setek milionów dolarów – w obecnych czasach byłyby to miliardy. Niemieckie koncerny przemysłowe – ściśle współpracujące z nazistami – nabywały nieruchomości w Szwajcarii, zabezpieczając tym swoje zyski. Szczególnie pomocne w tym procederze były banki Basler Handelsbank oraz Schweizerische Kreditanstalt.

Także w obecnych czasach Szwajcaria nie stroni od przymykania oka na co najmniej dwuznaczne pochodzenie większości złota, które przetapia i którym handluje. Zarówno te przykłady, potwierdzane stosownymi dokumentami, jak i wieloletnia niechęć Szwajcarii w oddaniu aktywów rodzinom pomordowanych Żydów pozwalają stwierdzić, że sektor bankowy w Szwajcarii dla pieniędzy zrobi wszystko.

Szkoda tylko, że umyka to naszemu rządowi i prima aprilis związany z Frankiem wciąż trwa.

POWRÓT | STRONA GŁÓWNA