KIM JESTEŚMY REDAKCJA KONTAKT
Publicystyka Na wyspie Kultura
Felietony Sport Podróże Relaks

Przykre wspomnienie
2015.04.11 / Wacław Lewandowski

Kilka dni temu, 12 marca, przypomniałem sobie zdarzenie sprzed wielu lat, z jesieni 1981 roku.

Świeżo upieczony student, brałem wtedy udział w studenckim strajku, zorganizowanym przez Niezależne Zrzeszenie Studentów, strajku, który zakończył się z chwilą wprowadzenia stanu wojennego. Okupowaliśmy budynek rektoratu Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, zajęci nie tylko strajkowaniem, bowiem wielu profesorów na znak poparcia dla naszego protestu odwiedzało nas i wygłaszało dla nas wykłady, przeważnie cenne i zajmujące, jako że przygotowane dla audytorium złożonego ze studentów róznych kierunków i wydziałów uczelni.
Odwiedzali nas nie tylko wykładowcy. Zjawiali się czasem zagraniczni dziennikarze – korespondenci zachodnich agencji prasowych, delegacje związkowe z zakładów pracy, kiedyś pojawił się nawet punkrockowy zespół ze Stanów Zjednoczonych, którego członkowie postanowili dać dla nas darmowy koncert.
Któregoś dnia przybyła delegacja zachodnioniemieckich studentów, nie pamiętam już, z którego uniwersytetu. Ciekawi naszych rówieśników z Zachodu, przyjęliśmy ich gościnnie i serdecznie. Reprezentowali jakąś studencką organizację, jak się okazało, pacyfistyczną. Ubrani w rodzaj uniformów – skórzane spodnie i takież kurtki, długie włosy, w klapy ubrań wpięte tzw. pacyfki oraz znaczki z czerwoną gwiazdą i napisem Better red than dead. Szybko się okazało, że nie przyszli z wyrazami poparcia, a po prostu chcą nas pouczyć, gdyż uznają nas za ludzi błądzących i dokonujących nieracjonalnych wyborów. Przede wszystkim, pouczali, że komunizm nie jest zły, ma nawet wiele stron bardzo dobrych, ot, na przykład bilety tramwajowe o wiele tańsze niż w RFN. Ponadto krytykowanie komunizmu grozi zburzeniem pokoju, a to, co robi w Polsce „Solidarność” jest szaleńczym prowokowaniem Związku Sowieckiego. Pouczali nas także, że w ich kraju rządzi nienawistny reżim, który nie chce dostrzec prawdziwych potrzeb zwykłych ludzi, przede wszystkim potrzeby pokoju, bo gdyby ją dostrzegł, postąpiłby właściwie, to znaczy rozbroił Niemcy, zlikwidował armię i wygonił z kraju amerykańskie bazy wojskowe, gdyż tylko neutralność tak rozumiana może uchronić od wojny nuklearnej i calkowitej zagłady.
Na nasze protesty, gdy próbowaliśmy im tłumaczyć, że efektem takiego rozbrojenia będą sowieckie czołgi na ulicach ich miast, odpowiadali z uśmiechem wtajemniczonych: – Better red than dead. Było nam przykro. Szybko zakończyliśmy spotkanie, na pożegnanie obdarowując gości wyprodukowanymi przez „Solidarność” odznakami z napisem: Soviet tanks? – No, thanks! Przyjęli je z pewnym zakłopotaniem.
Wspomnienie tego przykrego doświadczenia wróciło do mnie właśnie kilka dni temu, gdy obejrzałem w TVP rozmowę z Andrzejem Olechowskim, byłym ministrem spraw zagranicznych i byłym ministrem finansów, pomysłodawcą i współzałożycielem Platformy Obywatelskiej. Pytany o polityczne reakcje Europy i Polski na rosyjską agresję na Ukrainę i na politykę Putina, Olechowski stwierdził, że nie umie powiedzieć, czy te reakcje są sensowne, bo można by je za takie uznać tylko wtedy, jeżeli prawdziwe byłoby założenie, że Rosja nie chce wojny z Zachodem. Jeżeli natomiast to założenie prawdziwe nie jest, a Rosja chce wojny, wówczas czeka nas konflikt nuklearny i jedyną sensowną reakcją polskich władz byłoby zadbanie, by przed jego wybuchem jak największa liczba obywateli spakowała się i wyjechała na drugą półkulę, najlepiej do Australii, bo przecież trzeba chronić ludzi i nie ma żadnego sensu obrona skażonego po uderzeniach jądrowych terytorium kraju.
Słuchałem z niedowierzaniem, przerażony, jak szybko „dogoniliśmy Zachód”. Bo przecież mówiący takie rzeczy Andrzej Olechowski mógłby być mentorem tamtych, spotkanych lata temu, prosowieckich aktywistów-pacyfistów z dawnej Republiki Federalnej Niemiec.

POWRÓT | STRONA GŁÓWNA